Jestem, bo jesteś

in vitro historia

Ten tekst kosztował wiele łez – przede wszystkim Agnieszki, która jest jego bohaterką i która zgodziła się opowiedzieć mi swoją historię. Ale też moich, bo każde kolejne zdanie jej opowieści bolało niewyobrażalnie. Jednak mimo to – warto było. Ku przestrodze, ku pokrzepieniu, ku pamięci.

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie, od miłości, “która się nie trafia”. Od początku była z nas para bardzo… hmm… nieidealna – Agnieszka zamyśla się zanim zacznie swoją opowieść. Darek to dusza towarzystwa, ja byłam zawsze bardziej wycofana, może właśnie dlatego było nam ze sobą tak dobrze? Mówią, że przeciwieństwa się przyciągają. Wielka miłość i 16 lat razem, prawie bajka. Właśnie – PRAWIE. Byliśmy ze sobą szczęśliwi, po ślubie odstawiłam tabletki, chcieliśmy mieć dziecko.

Zrobiło się pod górkę.

Pierwsze miesiące czekaliśmy spokojnie, ufni, że niedługo się uda. “Jak będzie już, to cudnie”. Jednak nie było. Minął rok, później drugi i trzeci. I nic. Radosne oczekiwanie i ekscytacja ustąpiły miejsca podenerwowaniu i łzom, kiedy przychodziła kolejna, tak bardzo niechciana, miesiączka. Później było standardowo w takich sytuacjach – zaczęło się chodzenie po lekarzach. Słyszeliśmy wciąż to samo – żebyśmy przestali chcieć i się spinać, a wtedy się uda. Minął kolejny rok, za nim jeszcze jeden i drugi. Nie wychodziło – czy chcieliśmy bardzo, czy jeszcze bardziej, to do pełni szczęścia brakowało nam dziecka, które pragnęliśmy jak niczego w świecie. Badania, wciąż badania i wizyty lekarskie, wędrówki od jednego specjalisty do następnego. Po tylu latach starań dowiedzieliśmy się, że oboje mamy problemy i optymizm, którego i tak nie było wiele, jakby uleciał.

W tamtym okresie żartowaliśmy nawet, że my oboje jesteśmy zepsuci. Przeszliśmy drogę, którą przemierza wiele par zmagających się z niepłodnością. Drogę pełną bólu i cierpienia, drogę, o której się nie mówi, bo ci, którzy jeszcze na niej – idą w ciszy. A ci, którym się udało – nie chcą wracać do tych smutnych czasów. Była laparoskopia, jedna, później następna inseminacja. I wielkie nic. NIC. Pustka, smutek, rozczarowanie, noce mokre od łez.

– Byłam wtedy nieszczęśliwa, zazdrościłam kobietom, nie mogłam zrozumieć, dlaczego tamta, jakakolwiek ona, ma dziecko, a ja nie – Agnieszce drży głos. Milknie. Przyszła depresja i małżeński kryzys – zastanawiałam się wtedy, ile smutku i cierpienia może spaść na jedną parę. Ciągle wydawało mi się to takie niesprawiedliwe, czułam niespełnienie i pustkę. Na kryzys nałożyły się długi – na lekarzy, badania i leki wydawaliśmy małą fortunę. Żyłam nadzieją, że jednak się uda, mimo łez i bólu, poddałam się kolejnej operacji. I inseminacji. Bez efektu.

Wtedy usłyszeliśmy wyrok:

Jeśli ma się udać, to tylko i wyłącznie In Vitro. Na które nie było nas stać, bo przecież i tak byliśmy w długach. Wciąż się staraliśmy, minęło kilka lat. Chyba gdzieś po drodze oboje nabraliśmy pewności, że dziecko nie jest nam pisane i stopniowo godziliśmy się z tym. Co innego można było zrobić po 10 latach starań? Znów zaczęliśmy dbać o siebie nawzajem, lepiej się między nami układało, przyszedł rok 2016. Jak się okazało – nasz ostatni rok we dwoje, choć wtedy nic tego nie zapowiadało. Dużo czasu spędziliśmy na wycieczkach w górach, które od zawsze były wielką miłością Darka.

– Moją nieszczególnie – Agnieszka puszcza oko – jednak widząc, ile mu chodzenie po szlakach sprawia radości, wlokłam się za nim. Dobrze nam wtedy było, naprawdę. Mimo że tych gór to ja przecież nie lubię… Tak się cieszę, że chodziłam wtedy z nim, ile tylko się dało. W połowie roku pojawiła się nowa nadzieja, iskierka w zasadzie. Mąż za wiele przepracowanych lat miał dostać premię, całkiem sporą. Oboje zdecydowaliśmy, że przeznaczymy te pieniądze na In Vitro. To miała być

nasza ostatnia próba.

Były zastrzyki, dziesiątki zastrzyków, które robił mi Darek. Śmialiśmy się, że został moim lekarzem. Pobranie jajeczek, w końcu transfer. I długie, bardzo, bardzo długie 12 dni oczekiwania. Ciągle te strzykawki, igły, leki, niepewność i strach – tak wyglądały wtedy nasze dni. Był grudzień 2016 roku. Kilka dni po transferze komórek, Darek zaczął się skarżyć na palenie w przełyku – zgaga gigant nie dawała mu żyć. Prawie siłą wyrzuciłam go do lekarza, wrócił z diagnozą – wrzody. Brał przepisane leki, jednak poprawy nie było. Dziwiło nas, że ta diagnoza bez gastroskopii nawet, ani nic. Ale w końcu to nie my jesteśmy lekarzami. Dla pewności nalegałam, aby jeszcze raz poszedł do lekarza. Lekarz potraktował go trochę poważniej, zrobił jakieś ekg, ale koniec końców podtrzymał diagnozę – wrzody. Bez badań krwi, bez w sumie jakichkolwiek badań. Wtedy jednak przyszedł dzień testowania. Tak nastała

chwila prawdy.

Od rana zalewałam się łzami, bo dostałam plamienia. Rezygnacja, smutek, wściekłość. Nawet nie chciałam jechać do laboratorium, pewna, że się nie udało. Jednak Darek, jak zazwyczaj w takich sytuacjach, zachował zimną krew i kazał mi się wziąć w garść. Razem pojechaliśmy na badania, pobrali mi krew i… rozpoczęła się najdłuższa godzina w naszym życiu. Poszliśmy się poszwendać po pobliskim centrum handlowym. Między nami cisza, słychać było drżenie powietrza… Czas wlókł się niemiłosiernie, wydawało mi się, że te 60 minut to nieskończoność lub więcej.

szczęście

Już pewnie domyślacie się, że się udało. Pewnie po trosze razem ze mną wchodzicie do laboratorium, słyszycie jak takim najzwyczajniejszym na świecie głosem pielęgniarka podaje mi wynik, a ja dopytuję trzy razy i prawie mdleję. Był płacz z radości, nogi jak z waty i Darek, który mnie stamtąd wyprowadził, bo ledwo się trzymałam w pionie. To była taka niezwykła radość, o której pojęcie ma tylko ten, kto 10 lat marzył, walczył i z całych swoich sił zabiegał o dziecko. Nie do opowiedzenia, przekraczająca intensywnością wszystkie dotychczasowe doświadczenia. Oboje byliśmy pijani szczęściem. Kolejne dni były najpiękniejszymi w moim życiu – rozmawialiśmy o imionach, zwracaliśmy się do siebie “mamusiu” i “tatusiu”. Nie mogliśmy uwierzyć w CUD, jaki nam się przytrafił. Nic nie było proste, bo po 4 dniach od testowania zaczęło się krwawienie, które mnie załamało. Pogotowie, badania, leki na podtrzymanie. Wymusiłam zrobienie bety, był dzień przed Świętami. Wynik dał nam nadzieję, bo beta ładnie przyrastała. Uwierzyliśmy, że będzie dobrze.

najpiękniejsza Wigilia

Dzieliliśmy się opłatkiem, wzruszeni i zapłakani. Przecież to ostatni raz, kiedy jesteśmy sami – kolejna będzie już w trójkę lub nawet czwórkę (bo transferowane były dwa jajeczka). Radość, wdzięczność, szok, niedowierzanie. Wszystko razem. Nareszcie zaczęło się układać.

Boże Narodzenie spędziliśmy we dwoje, poszliśmy do kościoła podziękować za Nasz Cud i na cmentarz – odwiedzić mojego ojca. Wróciliśmy do domu pod wieczór, było przytulnie i spokojnie. Ja ułożyłam się w łóżku, Darek kręcił się po domu, oglądaliśmy komedię. W pewnym momencie położył się obok mnie, przytulił się i umarł.

Wszystko, co później pamiętam jak przez mgłę. Zadzwoniłam na pogotowie, krzyczałam, żeby mi go ratowali. Później całą wieczność go reanimowałam, aż do przyjazdu karetki. Dopiero później okazało się, że ta wieczność trwała równe siedem minut. Reanimację przejęli ratownicy, trwała kolejną wieczność. Albo godzinę, co za różnica. Krzyczałam do niego, żeby żył, żeby nas nie zostawiał, że jestem w ciąży i że musi z nami zostać. Robiłam mu sztuczne oddychanie, ale po krótkiej chwili wiedziałam, czułam po prostu, że to koniec.

To było pięć dni po tym, jak dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko.

Zaczęła się największa samotność mojego życia.

Szok, łzy, jeden wielki amok. Prokurator, sekcja, relanium dla mnie, to był szósty tydzień ciąży. Formalności, łzy, modlitwy, nie pamiętam wiele. Dzień po pogrzebie miałam wizytę u ginekologa, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku. Trzęsłam się jak osika, drżałam cała, tak bardzo, tak cholernie chciałam, by ONO tam było. Prawie nie oddychałam, zęby zaciskałam do bólu, tak mocno, że jeden z nich w połowie się ukruszył. Usłyszałam wtedy te piękne słowa: “kruszynka jest jedna i wszystko z nią w porządku, ma 1,6 cm”. Wróciłam jakoś do domu, sama nie wiem jak. I stwierdziłam, że te niecałe dwa centymetry uratowały mi życie…

Długo czekałam na wyniki sekcji, okazało się, że Darek miał zawał serca. Stąd to palenie w przełyku, to były objawy brzuszne, jak się później dowiedziałam. Opowiadam Ci tę historię, bo może kogoś uda się uratować? Ktoś nie zbagatelizuje takiego pieczenia? Pójdzie do lekarza i będzie żył?

Przyszedł płacz i samotność, której nie można opisać. Ona aż bolała, przychodziły wieczory, w które nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. I ranki, gdzie byłam tylko ja i ból. Początkowo była sensacja, wiadomo – młoda wdowa w ciąży. Tłumy na pogrzebie i przez pierwsze dni. Później stopniowo coraz mniej i mniej osób o mnie pamiętało. Wartki strumień gości stał się ledwo kapiącym strumyczkiem, a i on po krótszej chwili wysechł. Zostałam sama jak palec. Najbardziej potrzebna mi wtedy była ta kawa wypita w towarzystwie, albo obiad, do którego usiądę z kimś. Nie chcę się żalić, przeszłam przez to, mówię o tym dlatego, że może Ty, właśnie TY, masz w swojej okolicy, wśród bliskich czy sąsiadów osobę, która dziś też czeka? Rozejrzyj się wokół, bo małym, najprostszym gestem, możecie komuś pomóc i wnieść trochę radości w jego trudne życie.

Cała ciąża to okres samotności wymieszanej z nadzieją. Nie było łatwo, pod żadnym względem. Był ogromny krwotok, karetka, badania, dziesiątki zastrzyków w brzuch, bo lekarze bali się odstawić leki na podtrzymanie. Wyglądałam jak sito. Doszły inne problemy zdrowotne, każdy dzień był walką o moje dziecko. O powód, by żyć. Wydaje mi się, że miłość do niego miałam w sobie od zawsze. I czekałam na jego narodziny tak bardzo, że trudno to w ogóle ubrać w jakiekolwiek słowa.

Hania, cała i zdrowa, urodziła się 18 sierpnia 2017 roku. Wtedy skończyła się największa samotność mojego życia…

Ps. A na samej górze, na zdjęciu jest właśnie ONA. Dziecko matki, która zrobiła i przetrwała WSZYSTKO, by je mieć.

.

17 komentarzy

  1. Reply
    Aleksandra

    Tak jak ktoś jednak nie chciał pozwolić na szczęście. Okropne 🙁

    A skoro przy zawale jesteśmy. Tydzień temu zmarł wujek mojej mamy 71 lat, ból w klatce piersiowej od kilku dni, a potem ból z tyłu głowy. Na 112 powiedzieli by wziął sobie jakiś apap, zmarł godzinę później.

  2. Reply
    Marta

    Agnieszka przesyłam Ci tyle ciepła ile tylko jest możliwe. I otuchy. Ciesze się, że Ci się udało i masz Hanie! Szkoda, że tak ogromnym kosztem. Dużo miłości Ci życzę!

  3. Reply
    Monika

    Współczuje ogromnie straty męża.Ponad miesiąc temu zmarł mój Tata skarżył się też na pieczenie w przełyku ciągle mówił, że ma zgagę.Jedno czego człowiek nie umie zrobić to cofnąć czasu i wielka szkoda bo ile można by było zmienić.Ja z mężem też przeszłam długą drogę po dziecko też in vitro dało nam córkę.Ma osiem lat i jest najwspanialszym dzieckiem jakie mogłam sobie wyobrazić.Niechaj Hania rośnie zdrowo i będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie :-)Wszystkiego dobrego życzę.

  4. Reply
    Natalia

    To niewyobrażalne ile człowiek musi znieść, to nie wyobrażalne że ktoś do góry układa nam tak karty naszego życia a my choć tak słabi, walczymy i dajemy rade…. Serdecznie gratuluję, że pomimo tak ogromnej tragedii, bólu i cierpienia udało się Pani wygrać za Was dwoje!!! Najpiękniejszy finał jakże pięknej historii o cudzie narodzin a zarazem smutnej prawy o życiu i przwmijaiu. Życzę samych pięknych dni Pani Agnieszce i jej córeczce i dużo zdrówka i siły dla Was!!!😘😘

  5. Reply
    A.

    Chciałabym wypić kawę, zjeść obiad i przytulić Agnieszkę! Kochana jesteś mega dzielna, tyle przeszłaś i urodziłaś piękną córkę… U nas historia była podobna, choć bez takiego zakończenia. Też bardzo długo staraliśmy się o dziecko, a kiedy w końcu się udało, byliśmy przeszczesliwi. Niestety w trzecim trymestrze nasze dzieciątko zmarło… Przeżyliśmy wielką tragedię. Po paru miesiącach wróciliśmy do codziennosci i nagle mąż wylądował w szpitalu z zagrożeniem życia. Leżał parę dni na oiomie. Pierwszego dnia usłyszałam, że może umrzeć. Na szczęście wyszedł z tego… Ale myślałam, że tracę kolejną ukochaną osobę i to było najgorsze uczucie mojego życia. Bałam się panicznie kolejnego pogrzebu. Po powrocie ze szpitala w domu dostawałam ataków paniki… Na szczęście po tygodniu mąż wrócił do domu, zaczęła się diagnostyka. I to czekanie na wyniki… Rak czy nie rak.. To były czarne dni. W przeciągu kilku miesięcy zmieniłam się we wrak czlowieka. Na szczęście u męża nic złego nie wykryli. A ja magicznym sposobem zaszlam w ciążę, kiedy najmniej się tego spodziewaliśmy. Boję się bardzo powtórki, ale jestem pod opieką lekarzy. Też kłuję się codziennie… Mam nadzieję na szczęśliwe zakończenie… Nawet nie chcę myślec co z nami będzie, gdyby coś poszło nie tak…

  6. Reply
    Ania

    Ryczę.
    Jestem na początku tej drogi. Po kilku latach błąkania się po lekarzach trafiliśmy do kliniki gdzie jakaś nadzieja jest. Też mam za sobą zabieg, w sumie leci nam 4 rok starań, z czego pół roku opartych na igłach, wizytach u lekarzy…
    Współczuję straty męża.
    Nawet sobie nie wyobrażam co czułaś.. Co przeszłaś. I gratuluję córeczki.

  7. Reply
    Anna

    Bardzo poruszająca jest Twoja historia. Mam nadzieję że znajdziesz wioskę ludzi do spotykania się, spędzania razem czasu z dziećmi. Nic tak nie wyjada energii jak opieka nawet nad najwspanialszym malcem 😉 Życzę Ci byś miała też przestrzeń na bycie dla siebie 🙂 Nie wime nawet jak przeżywa się ciążę w żałobie. Obyś i na to opłakanie w macierzyństwie miała czas. Wiadomo, na świętowanie macierzyństwa też. Ściskam Cię tak mocno mocno.

  8. Reply
    Agnieszka

    Mój dziadek miał pieczenie w przełyku. Rok leczyli go na wrzody. Okazało się, że to rak.
    Zmarł w ciągu 2 tygodni od diagnozy 😢

  9. Reply
    Agnieszka z Hania

    Bardzo Wam dziékujemy za dobre slowa, ale najbardziej mi zalezalo by artykul trafil do jak najwiekszej ilosci ludzi … mam nadzieje ze komus pomoze …ktos kogos zawiezie do szpitala ….a moze ktos po prostu doceni co ma …ze to wcale nie jest takie normalne budzic sie przy kims codziennie …ja wiele rzeczy przewartosciowalam po 25 grudnia

  10. Reply
    Agnieszka

    Oj jakie przewrotne to nasze zycie… ja tez niedawno pochowalam ojca mojego rocznego dziecka. też zawał i też wcześniej skarżył się na żołądek.. Szkoda że nie przeczytam tego artykułu wcześniej, bo może inaczej by to wyglądało.. pojechał na krótki urlop i z niego już nie wrócil… to znaczy wrócił ale w trumnie. gdyby nie nasz synuś nie miałabym walki i siły aby żyć . On jest najlepszym co mi po nim zostało. zrobię wszystko żeby zapewnić mojemu dziecku normalne dzieciństwo

  11. Reply
    Marietta

    Agnieszko…jak silną trzeba być żeby to przetrwać! Dziękuje Ci za to że podzieliłaś się swoją historią, żebym mogła się puknąć w głowę jaka głupia jestem że denerwuje się za ten nie odłożony kubek, czy powolne ruchy. I kręgosłup od razu mniej boli mimo że kolejną godzinę noszę moją małą Zojkę (1.08.2017). Przytulam Cię wirtualnie bo nie mam jak tak normalnie, i dobrze że mogę napisać bo przez ten potok łez i tak nie dałabym rady mówić. A moje dwa cuda, mały i duży przytulę dziś 1000razy mocniej…

  12. Reply
    W.

    Po 8 latach walki mam dwuletnią parkę z in vitro. Walkę okupioną ciężką depresją. Ktoś, kto tego nie doświadczył, nigdy nie zrozumie. Ciąża była zagrożona od początku. Ja w szpitalu na podtrzymaniu, mąż codziennie po pracy u mnie – zmęczony fizycznie, wykończony psychicznie. Pojawił się ból w klatce piersiowej. Krzyczałam, że ma iść do lekarza, po prostu darłam się na niego i sama zadzwoniłam do kardiologa, bo wiedziałam, że on tego nie zrobi. Na szczęście (w nieszcześciu) to były nerwobóle. Dziewczyny, pamiętajcie o swoich mężach, partnerach. Nawet wtedy, gdy wydaje Wam się, że to Wy najbardziej cierpicie.. Oni nigdy nam tego nie powiedzą.
    Agnieszko, nie ma słów, by wyrazić to wszystko. Po prostu nie ma. Jestem.

  13. Reply
    JOANNA

    Jesteś mega dzielną i silną kobietą,podziwiam Cię bardzo, siedzę i łzy lecą po policzkach….aż ciężko i trudno coś sensownego napisać.My staraliśmy się 12 lat udało nam się bez invitro dziś moje małe szczęście ma prawie 2 latka.Pozdrawiam i życzę Ci już samych radosnych chwil, bo wycierpiałaś się już wystarczająco😘