Leśne urodziny albo “a gdyby tak wszystko inaczej”?

nietypowe urodziny

Wieki temu, bo od tej chwili minęło już ponad 4 lata(!), Leon kończył rok. Z tej okazji zorganizowałam mu naprawdę fajną imprezę – nie pora na skromność, było mega 😛 Łącznie przez wiele godzin świętowania i radości przez nasz dom przewinęło się prawie 50 osób. W różnym wieku, czasem z dziećmi, czasem bez, czasem tych bliskich, ale też tych niekoniecznie. Tematem przewodnim imprezy było serce i miłość (no, Leon walentynkowy, więc nie musiałam się specjalnie wysilać). Były babeczki w kształcie serca, sercowe kanapki, a wszędzie po domu poniewierało się… malutkie, serduszkowe konfetti. No, odpał miałam i już.

Moi Mili powstało dosłownie chwilę przed pierwszymi urodzinami Mili.  Pamiętam to również dlatego, że  kończyło się wtedy lato, a ja dość gorączkowo chciałam zorganizować Imprezę Życia. Jej życia, oczywiście. Przez krótką chwilę pojawiła mi się przed oczami wizja powtórki z rozrywki. Chociaż pamiętałam wciąż, ile to wymagało przygotowań… i sprzątania. Pomysłów miałam baaaardzo wiele, często niestety wzajemnie się wykluczających. Mój entuzjazm studził nieco Tomek, uświadamiając mi, że w zasadzie to impreza/spotkanie tylko dla nas, bo Mili w tym okresie najbardziej na świecie zależało na dostępie do mleka i naszej bliskości (w zmiennej kolejności).

Można powiedzieć, że Milowy rok to był jakiś tam kompromis pomiędzy wszystkimi wizjami, jakie pojawiły się w mojej głowie – czyli dość kameralnie, ale jednak ozdoby, wszystko pięknie przygotowane, sałatki w arbuzie i fajerwerki (sporą część moich planów zniweczył najpierw porywisty wiatr, a następnie deszcz, bo oczywiście przyjątko było w ogrodzie – wszyscy, którzy chcą się ze mnie pośmiać – TUTAJ znajdą odpowiedni wpis).

Jeśli zastanawiacie się – o co tutaj chodzi i co powyższy opis ma do leśnych urodzin, spieszę Was uspokoić – dużo ma. To pewna ewolucja koncepcji dziecięcych (a może nie tylko?) urodzin, która dokonała się w mojej głowie na przestrzeni ostatnich lat. Na skutek tych prób i przemyśleń, gdy zawitał wrzesień i Mila miała świętować dwa lata, wszystko ułożyło mi się w jedną całość. A gdyby tak odpuścić wbijanie się w garsonki? Dać spokój z dmuchaniem balonów i rozwieszaniem girland? Jakby to było ograniczyć listę gości do tych naj-, naj-, najbliższych? Odejść od przewidywalnego, odpuścić schemat i zrobić coś zupełnie innego?

Te leśne urodziny podpowiedziała nam trochę pogoda, to były te rzadkie i niezwykle cenne przebłyski ukochanej, złotej, polskiej jesieni. Aż żal było nie wykorzystać. Półspontan, ale pełna radość. Zamiast tortu był wielki szałas. Zamiast przystawek – kiełbaski własnoręcznie upieczone nad ogniskiem.

Porzuciliśmy schemat. Dobrze nam to zrobiło – i na więzi rodzinne, i sądzę, że każdemu z nas z osobna. Kontakt z drugim człowiekiem i z naturą, w jej pięknej, pełnej postaci. Spędziliśmy cały dzień w lesie i na wrzosowiskach. Zbieraliśmy grzyby, chrust na ognisko. Leżeliśmy po raz ostatni w tym sezonie na piknikowych kocach. I rozmawialiśmy o tym, jaki kształt mają obłoki ponad naszymi głowami. Nie było tortu i świeczek, zamiast tego wafelki i żelki. I gromkie “Sto lat”. Życzenia wśród sosen. I prezenty na mchu. Mila wyglądała na bardzo szczęśliwą tego dnia. W sumie – jestem pewna, że każdy z nas miał dobry czas. Nie wiem czy to były najlepsze urodziny. Nie mam pojęcia. Ani w sumie aspiracji, by takimi były. Wystarczy mi, że były NIEZAPOMNIANE.