Matka Polka Lemoniadowa

Matka Polka Lemoniadowa

Co jakiś czas robię rachunek sumienia. Zastanawiam się wtedy, intensywnie myślę i próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: jaką jestem matką? Jaką jestem mamą dla Mili i Leona? Nie, nie chodzi mi o takie ogólnikowe i dość popularne w ostatnim czasie określenia „dobra”, „zła” czy najnowsze określenie „wystarczająco dobra” matka. Są one abstrakcyjne i nie wnoszą niczego. Jaką, czyli: czy jestem cierpliwa, czy nie? Wyrozumiała, czy nie? Życzliwa, czy nie? Czy czytam dzieciom książki, czy tylko kupuję ich całe stosy? Czy pochylam się nad biedronką, czy w moim życiu króluje „zaraz”, „potem”, „jutro”? Czy okazuję miłość?

A potem przypominam też sobie, jaką matką zawsze chciałam być. Te odpowiedzi nigdy nie są oczywiste ani tym bardziej tożsame. I czasem wcale nie jest przyjemnie to sobie uzmysłowić. Robię to po to, żeby zatrzymać się na momencik i uświadomić sobie, jak odległe jest jedno od drugiego. Jak daleko mojej dzisiejszej rzeczywistości do marzeń i planów, które snułam kiedyś.

W pewnym wieku, zwykle nastoletnim, wszyscy jesteśmy bardzo mądrzy. Niektórzy bywają wówczas nawet najmądrzejsi. Znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Podważamy, i słusznie! to, co mówią dorośli wokół, co mówią nasi rodzice czy bliscy. Wymyślamy wtedy jakiś pomysł na siebie. Sposób na swoją drogę, na dalsze życie. Sporo przez zaprzeczanie, trochę przez kolekcjonowanie swoich dobrych mgnień, tworzymy niczym zielnik — zbiór marzeń, założeń i po prostu planów, na nasze późniejsze, odległe, dorosłe czasy.

A potem… przychodzi życie.

 

I jak mamy tych lat już trzydzieści kilka, nie ma to brzmieć gorzko, bo ten wiek to raczej „zabawna starość” niż starość realna i namacalna, ale jednak kiedy dojrzewamy, kiedy coraz więcej życiowych obowiązków mamy na głowie, coraz mniej czasu, coraz większe zmęczenie. Wkrada się proza życia, kłopoty, wszystko wokół i my sami też przyspieszamy. Cały taki wir codzienności nas dopada. I wydaje mi się, że gdzieś właśnie wtedy przechodzimy na takiego „autopilota”, czyli funkcjonowanie mniej refleksyjne, a bardziej automatyczne. Ja też tak mam, więc tym mocniej cenię sobie te chwile, kiedy mogę się zatrzymać i zastanowić się nad sobą. Odpowiedzieć sobie na te dwa pytania, które stawiałam wcześniej i na jeszcze jedno, takie autotestowe pytanie, które wymyśliłam gdzieś na drodze swojego macierzyństwa: czy jestem taką mamą, jaką sama chciałabym mieć?

To są moje rzadkie momenty totalnej i czasem brutalnej szczerości wobec siebie. Nie chodzi o to, aby się samemu poranić czy zasmucić. Nie chodzi o to, żeby pogłaskać się po głowie i pochwalić. Chodzi o prawdę, o takie określenie co mogę zmienić, co mogę poprawić. Też o docenienie tego, co mi wyszło, co się udało i z czego jestem zadowolona. Bo takie rzeczy są i jest ich całkiem sporo.

Dzisiaj mnie taka myśl naszła przy… przygotowywaniu lemoniady. Bo marzyłam sobie kiedyś, że chcę być mamą, która z uśmiechem na ustach, w letniej, kolorowej sukience, robi dzieciakom lemoniadę i wynosi ją do ogrodu. I dziś właśnie była TA chwila. Robiłam tę lemoniadę i uśmiechnęłam się sama do siebie. I pomyślałam sobie wtedy, że zgodnie z moimi dawnymi założeniami, jestem Matką Polką Lemoniadową. I to była bardzo miła chwila.

Ale też punkt wyjścia do chwili zadumy, do zajrzenia w siebie i w dzieciaki i zastanowienia się, czy z innymi kwestiami, z podejściem do innych rzeczy, poszło mi tak dobrze, jak z lemoniadą. Czy też może coś mogę poprawić, żeby było lepiej? A Wy, możecie coś zmienić?

Pięknego dnia, Moi Mili. Pięknego dnia!

.

.

1 Comment