O byciu, półbyciu i niebyciu…

o byciu

Długo, naprawdę długo wzbraniałam się od napisania tego posta. Dlaczego? Bo obiecałam sobie, że będę tutaj pisać o tym, co pozytywne i piękne w naszym życiu. Że marzy mi się, abyście wychodziły z tej strony, drogie Czytelniczki (i nieliczni Czytelnicy) zainspirowani, podniesieni na duchu, czasem rozbawieni, kiedy indziej wzruszeni. Ale zawsze uskrzydleni, choćby odrobinę, milimetr, tyćkę. Dziś zrobię wyjątek, napiszę o obserwacji gorzkiej, zrobię rachunek sumienia i lojalnie ostrzegam, że nie będzie happy endu.

Jeśli nie wiadomo, od czego zacząć, najlepiej pewnie od początku. Tym z Was, którzy są tu pierwszy raz albo nie znają bloga zbyt dobrze, napiszę tylko, że zawsze to, o czym tutaj piszę jest prawdziwe. Uważam, że rzeczywistość jest zbyt fantastyczna, aby uciekać w… fantastykę. To, czyni ten wpis jeszcze smutniejszym. Ale po kolei.

Opowiem Wam trzy króciutkie historie, mgnienia właściwie, które zapadły mi w pamięć na przestrzeni ostatnich kilku dni.

Obrazek pierwszy: środek pięknej, budzącej się powoli do życia Puszczy Kampinoskiej. Wybraliśmy się tam rodzinnie na spacer, dookoła tylko las, tu i ówdzie zwierzęta. Pełna dzikość, kontakt z przyrodą, zachodzące słońce i wilgotne powietrze nasączone zapachem przedwiośnia. Brzmi kiczowato, ale przytrafiło nam się w ubiegły weekend. Zza zakrętu leśnej dróżki, którą szliśmy, wyłoniła się niewielka polanka. Stał na niej zaparkowany samochód terenowy, miał pouchylane drzwi, gdy mijaliśmy go, kątem oka zobaczyłam, że na tylnym siedzeniu jest dwoje dzieci (na oko 10-12 lat), każde przyklejone do swojego telefonu, pochłonięte jakąś grą. W otwartym bagażniku siedział (pewnie) ich ojciec. Patrzył w las, zrezygnowany.

Obrazek drugi: wybraliśmy się obejrzeć Makietę Kolejową na Stadionie Narodowym. Mało ludzi, Leon zachwycony. Gdy oglądaliśmy budynek starego kolejowego dworca, obok nas stanął tata z synkiem, na oko trzyletnim. Widać, że bardzo mu się podoba, z wypiekami na polikach zagaduje do taty. Tata odpowiada co trzeci-piąty raz, burczy coś pod nosem. Co prawda synek siedzi „na barana” i podtrzymuje go jedną ręką, ale z drugiej nie wypuszcza smartfona, pisze smsa. Potem drugiego i dziesiątego. Odmrukuje coś do dziecka, przypomina mi to nieco odpędzanie się od natrętnej muchy. Obserwowałam go dobry kwadrans – nie wypuścił z ręki telefonu. Chłopczyk miał wielką potrzebę opowiadania tego, co widzi, zadawał pytania i w ogóle żywiołowo reagował na jeżdżące pojazdy, na światła, dźwięki. Cały czas próbował zwrócić na siebie uwagę, mimo że jego taty duchem tam nie było.

Obrazek trzeci: wybraliśmy się na obiad w restauracji. Dwa stoliki dalej siedziała rodzina – jak z obrazka. Całkiem ładna, młoda mama, nawet przystojny tata i dwóch synków, na oko jeden miał 5, drugi może 8 lat. Ładni, pachnący, fajowo ubrani. Czekali na zamówione jedzenie. Obrazek byłby sielankowy, gdyby nie… a jakże… telefon. Dzieci siedziały obok siebie, co jakiś czas przepychały się, które będzie go trzymało. Grali w coś, bardzo rozemocjonowani do tego stopnia, że nie zauważyli, kiedy kelnerka postawiła przed nimi talerze. Mama oglądała sobie paznokcie, tata spoglądał za okno ze znudzoną miną. Tak wyglądał ich wspólny, niedzielny obiad. Wstąpiła we mnie nadzieja, bo wraz z posiłkiem, u mamy chłopców włączył się (jak myślałam) instynkt – zabrała telefon i podniesionym głosem pouczała ich, że tylko by przed tym telefonem ślęczeli. Chłopcy potulnie spuścili głowy i zaczęli dziobać coś tam w swoich potrawach. I chyba nawet za milion dolarów nie zgadniecie, co wydarzyło się dalej… Otóż mama gdzieś zadzwoniła i przez cały czas trwania posiłku prowadziła rozmowę. Tata wyciągnął swój telefon, jedną ręką jadł, a drugą coś tam sobie czytał, klikał, stukał. A chłopcy? Jedli swoje dania, wpatrując się w rodziców… wpatrzonych w telefony.

Czy tamten ojciec był z dziećmi w lesie? Czy ktoś tu spędził sobotę z synem, zabierając go na wystawę? Czy oni zjedli rodzinny obiad? Byli? Pół-byli? Nie byli?

Tych historii mogłoby być nie trzy, a trzydzieści trzy. Albo trzysta trzydzieści trzy, z łatwością. Bo one są, dzieją się na naszych oczach, na każdym kroku. Bo tymi tabletowymi rodzicami, po jednej albo drugiej stronie tego urządzenia jest (prawie) każdy z nas. Nie chcę Was nakłaniać, żeby elektronikę wyrzucić przez okno. Nie marzy mi się kampania palenia tabletów… No, może trochę 😛

Ale, ludzie, obudźmy się, do cholery. Przez palce, przez piksele właściwie, przepływa nasz czas. Rozmieniamy na cyfrowe bzdury dzieciństwo naszych dzieci. Te chwile nie wrócą, nikt ich nam nie odda. To nie gra komputerowa, gdzie do dyspozycji jest kilka żyć. Mamy tylko to, jedno, a czas pędzi jak oszalały. Każdego dnia, każdym słowem i gestem budujemy relację z naszymi partnerami i dziećmi. Każde sięgnięcie po telefon jest WYBOREM, jaki dokonujemy. Jest cegłą, którą dokładamy do dzielącego nas muru.

Sama sporo korzystam z telefonu i laptopa, choćby z racji tego, co robię – pisanie bloga, profil na Instagramie, fanpage na Facebooku. Wszystko to wymaga czasu, szczególnie, że staram się też odpowiadać na bieżąco na komentarze, prywatne wiadomości, maile. Wiem, że elektronika jest dużym kawałkiem mojego życia, pewnie za dużym, taka jest prawda. Dlatego myślę o tym i staram się decydować świadomie – kiedy chcę, kiedy muszę, a kiedy mogę odłożyć ją w kąt. I być. Po prostu być z moim Mężem, z moimi dziećmi. Oddać im się w całości, a nie pozornie…

Leon i Mila są jeszcze mali, tym co może mnie od nich dziś oddzielić jest telefon czy tablet w mojej dłoni. Ale czas mija niepostrzeżenie, a dzieci są jak gąbki, chłoną wszystko, szczególnie to, jak postępują najważniejsze dla nich osoby. Po czym natychmiast je naśladują. I jeśli dziś ja nie nauczę się być z nimi na 100%, dawać im swoją uwagę i czas – najcenniejsze, co można ofiarować drugiemu człowiekowi, oni też nie będą umieli tego zrobić jako starsze dzieci. A później całkiem dorośli ludzie. Wtedy to, że odłożę swój telefon i będę chciała z nim tak naprawdę, realnie być, będzie w zasadzie bez znaczenia. Bo oni, zza tego wybudowanego przeze mnie staranie muru, nawet nie dostrzegą, że mam dla nich czas. Uwagę. Że wybrałam bycie.

Pomyśl o tym, chociaż przez chwilę, wciąż nie jest za późno.

 

Jeśli masz chwilę – udostępnij, co? Nie tylko dla mnie, może do kogoś to trafi? Może coś razem zmienimy?

12 Comments

  1. Reply
    Ania

    Z jednej strony masz rację, ale bardzo nie lubię takiego generalizowania i dzielenia rodziców na dwie kategorie: my – dobrzy, skupieni na dzieciach i oni – źli, w świecie komórek i tabletów. Świat nie jest czarno-biały, każdy z nas ma lepsze i gorsze chwile, a poza tym często możemy źle interpretować widziane tylko przez chwilę scenki.

    „Zza zakrętu leśnej dróżki, którą szliśmy, wyłoniła się niewielka polanka. Stał na niej zaparkowany samochód terenowy, miał pouchylane drzwi, gdy mijaliśmy go, kątem oka zobaczyłam, że na tylnym siedzeniu jest dwoje dzieci (na oko 10-12 lat), każde przyklejone do swojego telefonu, pochłonięte jakąś grą. W otwartym bagażniku siedział (pewnie) ich ojciec. Patrzył w las, zrezygnowany.”

    Hm, może czekał na żonę, która tuż przed wyjazdem do domu postanowiła pójść za potrzebą, a dzieciaki wyciągnęły komórki pierwszy raz dzisiejszego dnia, by wysłać kolegom esemesa, że były dziś na świetnej wycieczce w lesie? A on był zrezygnowany, bo nie wracała dłuższą chwilę? Albo wcale nie był zrezygnowany, tylko zamyślony, bo wspominał podobne wyprawy z czasów, kiedy sam był dzieckiem? Czy naprawdę jest to takie nieprawdopodobne? Bo myślę, że nie 🙂

    Przeczytaj to, a zrozumiesz, co mam na myśli: http://ohanablog.pl/index.php/brykamy/265-rodzicielstwo-all-inclusive
    (Nie, blog nie jest mój. A moje dzieci nie korzystają z komórek i tabletów.)

    1. Reply
      Kaja Wolnicka Post author

      Fajny jest Twój komentarz, dzięki za niego 🙂
      Zgadzam się z Tobą baaardzo, że moje spojrzenie jest fragmentaryczne i być może krzywdzące dla trójki opisanych rodziców. Dlatego nie ma żadnych szczegółów, które pozwoliłyby komukolwiek ich rozpoznać czy piętnować. Użyłam ich jako ilustracji dla sytuacji niestety nagminnych. Każda z nich nie ma żadnego znaczenia, dodam przewrotnie. Chodzi o trend, który już od jakiegoś czasu zaobserwować można na placach zabawach, w kawiarniach, a nawet kinach czy teatrach dziecięcych.
      Mój syn korzysta z tabletu, ogląda czasem bajki, ja też w poście przyznałam się, że nadużywam chwilami.
      Nikogo nie dzielę na kategorię, chciałam podkreślić to choćby faktem, że SAMA SIEBIE WŁĄCZYŁAM do grupy rodziców, którzy powinni pomyśleć na ten temat.
      Sporą część ubiegłego tygodnia Leon spędził oglądając bajki – był chory, chora byłam ja, Tomek w pracy, w Mili na raz wychodziły trzy czwórki, w domu był Meksyk dosłownie. Więc ratowałam się czym się da…
      Jestem czasem takim, czasem innym rodzicem. I o to biję się też dla innych dzieciaków…

  2. Reply
    Przystanek Edukacja

    Niestety przykre to i smutne. Chcemy, aby nasze dzieci mniej korzystały z technologii, ale sami nie potrafimy im dać dobrego wzorca.

  3. Reply
    Paulina

    Poruszyłaś bardzo ważny temat… Coraz więcej jest takich widoków niestety… Sama się czasem łapę na tym, że zbyt dużo czasu poświęcam multimediom. Teraz staram się to zmienić i póki co najwięcej czasu w tej kwestii zabiera mi prowadzenia bloga i social mediów 😊

  4. Reply
    youcancallmeann

    Zgadzam się z Tobą. Coraz częściej spotykam w Polsce obrazki, które do tej pory kojarzyłam tylko z internetowymi zdjęciami Azjatów – każdy wpatrzony w swój telefon. Szanujmy siebie nawzajem, spędzajmy te krótkie chwile, jakimi jest nasze życie, ze sobą, a nie obok siebie. Pozdrawiam!

  5. Reply
    Małgosia

    Zgadzam się z Tobą w 100%, sama nie lubię jak rodzice zajmują swoje dzieci telefonem, tabletem itd…… jednak zauważ, że nie ma ludzi doskonałych, sama prowadzisz blog, więc korzystasz z udogodnień tego świata. Niektórych rzeczy nie da się uniknąć, zmienić, możemy tylko korzystać z rozsądkiem. Ważne jest spędzanie ze sobą czasu, nic nam tego nie zastąpi, sama jestem mamą i cenię sobie każdą chwilę z moim skarbem. Pozdrawiam serdecznie 😉

  6. Reply
    Aneta | Zenblog.pl

    Piękny i prawdziwy tekst. O tym, że dzieci są jak lustra, ale i o tym, że my sami nie mamy uważności w kontaktach z innymi ludźmi, nawet z bliskimi. Jak moglibyśmy poświęcić im uwagę, skoro często nie poświęcamy jej nawet sobie i przed własnym „ja” uciekamy do gier, telefonów, tv. I już nie demonizując elektroniki, do dowolnego zajęcia… mama zajęta non stop gotowaniem, sprzątaniem, tata zajęty zarabianiem, naprawianiem, to równie nieobecni rodzice, jak Ci z nosem w smartfonie, tyle że z lepszym usprawiedliwieniem.

  7. Reply
    Dotee

    Wczoraj chodziłam kilka godzin po lesie, medytując, oddychając, aż nie zadzwonił mi budzik, że za 20 minut odjeżdża autobus do domu. Byłam wtedy w samym środku głuszy, więc wyciągnęłam telefon z GPS-em, żeby wrócić jak najszybciej na przełaj. Okazało się, że mam niezły kawałek, a droga jest pokręcona, więc w sumie aż do końca nie spuszczałam telefonu z oka. Po drodze minęłam kilka osób. Zastanawiałam się, co one sobie myślą: „Co ta technologia robi z ludźmi! Przyszła do lasu i idzie z nosem w telefonie, w ogóle jej tu nie ma, nie wie, co się wokół niej dzieje” 🙂 I uśmiechnęłam się na myśl o tym:) Mam nadzieję, że i ludzie opisani przez Ciebie w rzeczywistości widują świat poza swoimi telefonami, choć samą mnie razi, kiedy ktoś na spotkaniu ze mną ciągle patrzy w telefon, to wiem też że czasem po prostu technologia się przydaje 🙂 Pozdrówki!

    1. Reply
      Kaja Wolnicka Post author

      Jasne, że trudno wyciągać wnioski na podstawie jedynie przelotnej obserwacji, jak w moim przypadku. Jednak chodziło mi w sumie nie o detale, a bardziej o trend, który niestety coraz mocniej rozpycha się łokciami po naszej codzienności. Że ludzie swoje życie przenoszą do wirtualnego świata. A to wydaje mi się takie… nieludzkie.
      Pozdrawiam Cię serdecznie!